moderowany katalog |blog |Zakłady Bukmacherskie
„— Pozwól mi mówić z Kay tak długo, jak długo wytrzymam z ręką w płomieniu tej świecy!
Przy tych słowach włożył dłoń w promień. Natychmiast w pokoju pociemniało. Ręka sczerniała od kopcia, potem w ciągu kilku sekund rozogniła się do czerwoności. Vincent nie cofnął jej — oczy wlepił drętwo w pastora. Pięć sekund... dziesięć... Na dłoni wyskoczyły pęcherze, oczy pastora rozszerzyły się przerażeniem. Był jakby sparaliżowany. Chciał mówić, zaczął, nie mógł słowa wykrztusić, nie mógł się poruszyć. Okrutna siła przenikliwych oczu Vincenta trzymała go pod urokiem... Piętnaście sekund... Skóra poczynała pękać, lecz ramię nawet nie drgnęło. W końcu pastor poderwał się jednym rzutem.
— Szaleńcze! — krzyknął przeraźliwym głosem. — Głupcze!
Rzucił się na stół, wyrwał świecę spod ręki Vincenta i zgniótł płomień. Potem pochylił się nad lichtarzem, zgasił drugą świecę. Pokój pogrążył się w mroku. Dwaj mężczyźni stali naprzeciw siebie w zupełnej ciemności, lecz aż za dobrze widzieli siebie.
— Jesteś szalony! — krzyczał pastor. — Kay gardzi tobą z całej duszy. Opuść natychmiast mój dom i nie waż się nigdy przestąpić jego progu!
Vincent szedł powoli przez ciemne ulice i znalazł się nieoczekiwanie na jednym z dalekich przedmieść. Wdychał swojski, słodkawozgniły zapach bijący z martwych kanałów. W świetle gazowej latarni na rogu ulicy obejrzał lewą rękę. Głęboko zakorzeniony instynkt ustrzegł go widać od spalenia prawej, tej, która rysowała. Oparzelizna wyglądała teraz jak czarna dziura... Minął szereg niewielkich odnóg wodnych, woniejących morzem, które się stąd dawno cofnęło Znalazł się nagle przed domem Mendesa da Couty. Przysiadł na brzegu kanału. Rzucił na zielony pokrowiec rzęsy mały kamyk. Kamyk zanurzył się I opadł, chociaż nie widać było wody.“(5)
katalog |Wojownicze Żółwie Ninja |blog
„— Pozwól mi mówić z Kay tak długo, jak długo wytrzymam z ręką w płomieniu tej świecy!
Przy tych słowach włożył dłoń w promień. Natychmiast w pokoju pociemniało. Ręka sczerniała od kopcia, potem w ciągu kilku sekund rozogniła się do czerwoności. Vincent nie cofnął jej — oczy wlepił drętwo w pastora. Pięć sekund... dziesięć... Na dłoni wyskoczyły pęcherze, oczy pastora rozszerzyły się przerażeniem. Był jakby sparaliżowany. Chciał mówić, zaczął, nie mógł słowa wykrztusić, nie mógł się poruszyć. Okrutna siła przenikliwych oczu Vincenta trzymała go pod urokiem... Piętnaście sekund... Skóra poczynała pękać, lecz ramię nawet nie drgnęło. W końcu pastor poderwał się jednym rzutem.
— Szaleńcze! — krzyknął przeraźliwym głosem. — Głupcze!
Rzucił się na stół, wyrwał świecę spod ręki Vincenta i zgniótł płomień. Potem pochylił się nad lichtarzem, zgasił drugą świecę. Pokój pogrążył się w mroku. Dwaj mężczyźni stali naprzeciw siebie w zupełnej ciemności, lecz aż za dobrze widzieli siebie.
— Jesteś szalony! — krzyczał pastor. — Kay gardzi tobą z całej duszy. Opuść natychmiast mój dom i nie waż się nigdy przestąpić jego progu!
Vincent szedł powoli przez ciemne ulice i znalazł się nieoczekiwanie na jednym z dalekich przedmieść. Wdychał swojski, słodkawozgniły zapach bijący z martwych kanałów. W świetle gazowej latarni na rogu ulicy obejrzał lewą rękę. Głęboko zakorzeniony instynkt ustrzegł go widać od spalenia prawej, tej, która rysowała. Oparzelizna wyglądała teraz jak czarna dziura... Minął szereg niewielkich odnóg wodnych, woniejących morzem, które się stąd dawno cofnęło Znalazł się nagle przed domem Mendesa da Couty. Przysiadł na brzegu kanału. Rzucił na zielony pokrowiec rzęsy mały kamyk. Kamyk zanurzył się I opadł, chociaż nie widać było wody.“(5)
<<<< Obok systemu nerwowego
| - Boli - wrzasnął znowu- >>>>
katalog |Wojownicze Żółwie Ninja |blog